Na silownie zaczelam chodzic od Sierpnia zeszłego roku. Biegalam na bieżni, cwiczylam na maszynach, podnosiłam wolne ciężarki i plywalam na basenie. W rezultacie schudłam jakies trzy kilogramy i stracilam 5cm w pasie. Bylam absolutnie z siebie zadowolona w okolicach Bozego Narodzenie i miałam plany na to, jak bardziej intensywny będzie 2016.
A tu klapa. Z początkiem roku zwalilo się na mnie wszystko co tylko moglo. Pekla mi zylka w oku, potem zachorowałam na grype, a żeby już zupełnie była totalna dowalanka, mój pies zaczal atakować meble w salonie jak był sam sobie zostawiony, wiec każdy wypad na silke był okupiony mega stresem. Poddalam się. Co prawda nie zrezygnowałam z karnetu, ale zaczelam chodzic bardzo sporadycznie, raz- dwa na tydzień. Zaczelam szukac wymówek: pojde jutro, pocwicze z Chodakowska, pocwicze z Cassey Ho, nie chce mi się, mam miesiaczke... Popadlam w lenistwo.
Jest mi wstyd. Posiedzialam w swoim bagienku samouzalania się i dotarlo do mnie, ze nie tedy droga. Dla kogo moje ciało jest najważniejsze? Komu najbardziej zależy na fajnej sylwetce? Kto chce być zdrowy i atrakcyjny nawet w wieku 38 lat? JA. Nie ludzie na silce, nie trener, nie autorki programów Pilates- JA. Wiec dlaczego sama siebie tak marnie traktuje? Jeżeli przyrzekłabym koleżance, ze cos dla niej zrobie, to na bank bym to zrobila, bo ja szanuje, bo jej obiecałam. Wiec dlaczego nie potrafie tak samo traktować siebie?
Obiecac cos, to znaczy podjąć decyzje- nie dywagować sobie teoretycznie- ale dac slowo. Od dzisiaj daje sobie slowo, ze będę dbac o własne ciało.
No comments:
Post a Comment